Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hortiterapia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hortiterapia. Pokaż wszystkie posty
Zapach lasu jest "zamyślony", czyli o węchu w hortiterapii

Zapach lasu jest "zamyślony", czyli o węchu w hortiterapii

Lasy w słoiku stały się ostatnio bardzo popularne - dla jednych, to pomysł na biznes, dla innych na całkiem nieźle płatny kurs, a jeszcze inni chcą nimi przyciągnąć uwagę do swoich pracowni florystycznych. Zamknięte ekosystemy, to jednak żadna nowinka, a pomysł powstał wiele lat temu. Ja taki słoik robiłam po raz pierwszy...  mając 8 lat, do szkoły na lekcję przyrody, a konkretnie na zajęcia o biosferze. Może nie był tak okazały jak te, które można teraz kupić, ale mój mini ekosystem był samowystarczalny. Przynajmniej do pewnego momentu... czyli do kiedy pajączek, który trafił tam na gapę, nie opajęczynował całego mojego lasu, ale to już zupełnie inna historia... ;)


Skąd w ogóle pomysł, kto na to wpadł jako pierwszy? Francuski botanik David Latimer w 1960 r. założył swój pierwszy ogród w butli. Przez dwanaście lat, czyli do około 1972 r., podlewał go, a następnie postanowił go całkowicie zamknąć odcinając tym samym butlę od ingerencji człowieka. Docierało do niej światło dzienne, dzięki czemu zachodził proces fotosyntezy. Obecnie lasy w słoiku, które można kupić w pracowniach florystycznych, rzadko tworzą samowystarczalne zamknięte ekosystemy, są to najczęściej tylko bardzo ładne kompozycje w szkle, które jednak nie radzą sobie same - dostajemy do nich instrukcję z zaleceniem cotygodniowego otwierania i podlewania roślin, ale rzeczywiście wyglądają bardzo estetycznie.

Las w terapii

O tym w jaki sposób stworzyć taką roślinną kompozycję w szkle lub też całkowicie zamknięty ekosystem nie będę opowiadała, bo w internecie takich instruktaży, opisów i filmików jest cała masa (pamiętajcie tylko, aby nie brać mchu z lasu, jest to zabronione, nie wolno też niszczyć krzewów i drzew, a niewielką ilość szyszek można zbierać tylko z ziemi, ja mam wszystkie rośliny z własnego podwórka, a mech z leśnej części ogródka mojej znajomej). Opowiem natomiast dlaczego akurat taki pomysł wykorzystałam w terapii. Już samo wykonanie kompozycji w słoiku jest dla potencjalnych uczestników wyzwaniem - włożenie do wysokiego słoja ręki i sięganie na dno wymaga dużego zaangażowania. A co więcej jest to doskonała możliwość na poprawę koordynacji oko - ręka. Żałuję, że nie nagrałam filmiku jak podopieczni próbowali zaglądać z góry, z boku, od dołu, jak manipulowali ręką w słoiku, aby posadzić roślinkę w odpowiednim miejscu! Do słoików można dodać węgiel aktywowany, który ma zadanie oczyszczające. Kupiłam proszek w kapsułkach. Jak się domyślacie po to, aby zaangażować motorykę małą - wcale nie łatwo otworzyć maleńką kapsułkę, tak, aby nie wysypać zawartości na podłogę ;)

Z racji tego, że były to nasze pierwsze zajęcia, które wymagały kontaktu z ziemią i roślinami, a niektórzy uczestnicy jednak niekoniecznie mieli ochotę dotykać czegoś, co brudzi lub jest wilgotne, wykorzystałam cienkie rękawiczki lateksowe (zdecydowanie więcej przez nie czuć niż przez ogrodnicze). W jednej z grup musiałam dosyć mocno zachęcać do bezpośredniego kontaktu z materiałami, więc wymyśliłam na szybko zabawę w projektowanie słoika i odrysowywanie kształtu różnych gałązek, szyszek i roślin kredką na białej kartce z bloku (tak, tak czasami trzeba na bieżąco modyfikować scenariusz zajęć). I to był klucz - aby odrysować trzeba było drugą ręką przytrzymać gałązkę, więc zupełnie bezwiednie ręce poszły w ruch i już chwilę później dotykanie ziemi, branie roślin i wilgotnego mchu do ręki nie stanowiło najmniejszego problemu. Potem jeszcze było układanie leśnych stworków i wymyślanie im imion i niechęć została całkowicie przełamana. :) Samo wykonanie słoików zajęło nam nie więcej niż dwadzieścia minut, ale było to zadanie bardzo wymagające i męczące dlatego robiliśmy nasze słoiki w małych grupach.

 

Edukacja

Temat zamkniętych ekosystemów, to też dobry moment na przemycenie treści dotyczących lasu - jego budowy, żyjących tam roślin czy zwierząt. W bardzo schematyczny sposób wprowadziłam warstwy lasu - do tego celu posłużyła mi króciutka opowieść o życiu w lesie, która zawierała w sobie kilka informacji o poszczególnych jego warstwach. Dzięki temu udało się również wprowadzić element edukacyjny. 

 

Eksperyment

Poza tym zrobiłam pewien eksperyment dotyczący kategoryzowania (tylko w niektórych grupach, ze względu na zbyt dużą ilość bodźców). Najpierw wzięłam naturalne olejki zapachowe i nakropiłam na płatki kosmetyczne. Były to olejki: sosny, jodły, świerku, lilii, róży i goździka. Poprosiłam, aby podzielić je na dwie kategorie, które ich zdaniem do siebie pasują (nie mówiłam co to za olejki). I to zadanie wykonali bez problemu. Jeden z podopiecznych na pytanie co łączy zapachy z tej samej kategorii odpowiedział, że te kwiatowe są "wesołe", a te leśne są "zamyślone". Inny chłopiec prawidłowo rozróżnił drzewa i zdawał się być tym zaskoczony, sam nie wiedział skąd wie! Następnie pokazałam obrazki - dokładnie tych samych roślin, których miałam olejki. Wymieszałam je i poprosiłam o podzielenie na dwie kategorie - las i ogród. Dla niektórych podopiecznych stanowiło to duże wyzwanie, musiałam każdą roślinkę omówić i naprowadzić dodatkowymi pytaniami, aby została prawidłowo dopasowana. Nie było to już ani oczywiste ani intuicyjne jak przy zapachach. Ostatnia próba, to kategoryzowanie roślin w naturze (gałązki jodły, świerku i sosny) oraz kwiatów (róża i goździk, niestety nie miałam lilii). I tutaj już poszło zdecydowanie lepiej niż na obrazkach, ale kryterium jakie wybrali był kolor - drzewa były zielone, a kwiaty miały inny kolor i dlatego nie pasowały. Żaden z podopiecznych nie próbował wąchać czy sprawdzać dotykiem, tylko je oglądali. Kiedy zachęciłam, aby spróbowali je dotknąć zauważyli, że gałązki "kłują", a kwiaty są "miłe". Kiedy wąchali - komentarze były podobne jak przy olejkach i nagle odkryli, że zapachy z płatków wiążą się z roślinami, które mają przed sobą! :)

Zupełnie inaczej jest coś poczuć, dotknąć, zobaczyć jaką ma fakturę i barwę, jak pachnie, a inaczej widzieć coś tylko na obrazku - dlatego to, co tylko mogę staram się przynieść w naturze, nawet jeśli na zajęciach jest o tym tylko wzmianka. Każdy scenariusz zajęć ma też inny przebieg w zależności, w której grupie prowadzę zajęcia. W hortiterapii, chyba jak w żadnej innej metodzie terapii zajęciowej, można mocno zintensyfikować bodźce, ale też łatwo o przestymulowanie. Nie można być dobrym hortiterapeutą bez wiedzy pedagogicznej i terapeutycznej, byłoby ciężko prowadzić zajęcia nie mając wiedzy ogrodniczej, ale zupełnie nie wyobrażam sobie prowadzenia takich zajęć bez wiedzy dotyczącej funkcjonowania zmysłów. Co więcej dopiero po kilku latach praktykowania w terapii podjęłam się prowadzenia hortiterapii, bo nie sztuką jest zbombardować potencjalnego uczestnika nadmiarem bodźców, a wykorzystać je we właściwy sposób.

Na ogół nie zdajemy sobie sprawy jak ważny jest zmysł węchu, jak wiele mu zawdzięczamy. Ostatnie badania tego zmysłu pokazują, że ma większe znaczenie niż dotąd uważano. Molekuły zapachowe zawierają bardzo istotne dla człowieka informacje, które modyfikują jego myślenie i zachowanie. Substancje zapachowe wpływają na nasze emocje i pamięć. Wrażenia węchowe sprzyjają zapamiętywaniu, są jak drogowskazy, takie karteczki przypominajki, dzięki którym łatwiej przywołać nam jakąś informację. I do tego odwołuję się w terapii - wybierając konkretne zapachy i używając je w różnych stężeniach staram się stworzyć węchowe ślady pamięciowe, dzięki którym być może łatwiej będzie przyswoić nowe treści. Jestem pewna, że zjawisko pamięci węchowej może mieć ogromne znaczenie w terapii różnych zaburzeń.
Hortiterapia na talerzu

Hortiterapia na talerzu

Jak niektórzy z Was wiedzą niedawno przeprowadziłam się z południa na północ, więc siłą rzeczy musiałam zmienić pracę. Dwie moje największe pasje zawodowe, to dogoterapia i hortiterapia. Przeprowadzając się nie wiedziałam czy w nowym miejscu będzie zapotrzebowanie na te formy terapii, których prowadzenia sprawia mi najwięcej satysfakcji.


Jak to zwykle bywa życie zaskakuje i okazało się, że zapotrzebowanie i na dogoterapię i na hortiterapię jest i co więcej pojawiły się takie propozycje pracy! I tak rozpoczęłam między innymi współpracę z Aktywnymi. Pierwsze zajęcia w kilku grupach już za mną. Zaczęłam od jesiennych owoców i rozbudzenia zmysłów, czyli bardzo przyjemnych i smacznych zajęć z cyklu hortiterapia na talerzu. Było rozpoznawanie owoców po dotyku, smaku i zapachu, było edukacyjnie, smacznie i do tego jeszcze atrakcyjnie wizualnie. Wykonywanie z owoców jeży, gąsiennic, robaczków, sów, żab i leśnych stworków, to nie tylko uczta dla zmysłów i wyzwanie dla wyobraźni, to również doskonałe ćwiczenie motoryki małej!

Migawki z zajęć:


Nie byłabym sobą gdybym nie wplotła paru ćwiczeń poznawczych. Na zdjęciu zestaw-samoróbka z pierwszego poziomu trudności :)



Wiosenne rabatki

Wiosenne rabatki

Wiosna to fantastyczna pora roku do prowadzenia zajęć z hortiterapii, a szukanie jej pierwszych oznak to doskonały element usprawniania wielu funkcji. Pod warunkiem, że uczestnik terapii może wyjść z budynku... Nasi pacjenci jeszcze nie mogą wychodzić na zewnątrz i ten stan rzeczy potrwa do około połowy maja (zakładając, że będzie ciepło), więc nie będą mieli wielu okazji na szukanie wiosny. Postanowiłyśmy, że wiosna przyjdzie do nich, do środka, do budynku i zakwitnie wszystkimi wiosennymi kwiatami jakie nam przyjdą do głowy! 


Obszerne zamówienie na rośliny cebulowe złożyłyśmy jeszcze w styczniu. Po raz kolejny wykorzystaliśmy na zajęciach skrzynki na balustradę. Oprócz tego obsadziliśmy cebulkami rabatki - mamy ich kilka - są to drewniane warzywniki na nóżkach z sześcioma komorami. Wypatrzyłyśmy je z koleżanką w zeszłym roku w jednym z marketów i od razu zamówiłyśmy. U nas pełnią funkcję podwyższonych rabat i muszę przyznać, że sprawdzają się doskonale. Sądzę, że był to jeden z naszych lepszych pomysłów na gotowy produkt do horti. ;)





Latem rabaty stały na zewnątrz, rosły tam warzywa (np. rzodkiewki, pomidorki koktajlowe, nawet fasola),  kwiaty (tj. aksamitki, pelargonie, lobelie, begonie, wrzosy) oraz zioła (rozmaryn, melisa, mięta, tymianek, bazylia grecka, itp.) Wszystko prezentowało się bardzo ładnie i dawało plon ;) Rabatki są więc bardzo uniwersalne! Jeśli macie mało miejsca, to rabaty będą jak znalazł. Są stosunkowo lekkie (nawet wypełnione ziemią), więc łatwo je przenieść w inne miejsce, a przy tym stabilne. Z punktu widzenia hortiterapeuty stanowią doskonałą możliwość pracy zarówno z osobami na wózku (ich wysokość jest doskonała dla pacjentów poruszających się na wózkach inwalidzkich) jak i osobami poruszającymi się samodzielnie. Są dosyć stabilne, więc osoby po udarze, mające kłopoty w poruszaniu się lub z zaburzeniami równowagi mogą się o nie wesprzeć. Dla wszystkich naszych pacjentów stanowią bezpieczną formę pracy - przede wszystkim nie trzeba się schylać, poza tym mamy pewność, że rabatka nie przesunie się i nie przewróci - nawet, kiedy pacjent mocno się oprze. Rośliny są "dostępne" dla pacjentów, ładnie się prezentują i mogą być bezpiecznie pielęgnowane. Jest tylko jeden mały minusik - przy podlewaniu woda czasami przecieka i leje się na podłogę... ale zawsze można podłożyć ręcznik lub zabezpieczyć komorę od środka folią. My tego nie zrobiłyśmy, umocowałyśmy jedynie takerem agrowłókninę, która była w zestawie, więc czeka nas poprawka.

Mówiąc o roślinach cebulowych nie sposób nie wspomnieć o hiacyncie, który czasami pojawia się w opracowaniach dotyczących hortiterapii jako roślina polecana na rabaty stymulująca zmysł węchu. Z hiacyntem zalecam ostrożność - u osób chorych na astmę może sprowokować napad duszności. Ich intensywny zapach może być zbyt ostry (dlatego jeśli już zdecydujemy się  na hiacynty nie należy ustawiać tych roślin w małych i ciepłych pomieszczeniach, bo zapach będzie bardzo zintensyfikowany), ponadto zawarte w nich kryształki szczawianów mogą powodować powstawanie zmian skórnych. Podobnie może być z narcyzami. Wiosną niebezpieczne mogą się też okazać pierwiosnki kubkowate - często sprzedawane jako rośliny doniczkowe - zawierają one priminę, która może wywołać wysypkę. Jeśli nie macie dostatecznej wiedzy o uczestnikach terapii lepiej z tych roślin zrezygnować. Nasi pacjenci bez problemu byli w stanie powiedzieć czy takie rośliny gościły u nich w domu lub ogrodzie i czy mieli z tym jakiekolwiek problemy, więc wiedziałyśmy, że możemy sobie pozwolić na kilka takich okazów, ponadto mamy przestrzeń, w której ich intensywny zapach nie stanowi problemu. A pacjenci nie wyobrażali sobie wiosennej rabaty bez hiacyntów, narcyzów czy pierwiosnków...

Tak się prezentowała nasza wiosna. Nie dało się przejść obojętnie!
 





Prawdziwy ogród botaniczny...

Prawdziwy ogród botaniczny...

Zestawów kreatywnych, które można wykorzystać do zajęć hortiterapii nie ma, bynajmniej na polskim rynku, zbyt wiele. A jak już są, to skierowane są głównie do dzieci. Jakiś czas temu znalazłam zestaw kreatywny Discovery "Prawdziwy ogród botaniczny", który z opisu wydawał się być ciekawy...
 
Na poniższej grafice zdjęcie z pudełka. Wygląda obiecująco, prawda?


A tu opis ze strony sklepu internetowego: „Zanurz się w uroczy świat roślin z tym botanicznym zestawem. Znajdziesz tu wszystko czego trzeba, aby uprawiać z sukcesem wiele gatunków roślin. Ciekawy budynek szklarni posiada system nawadniania i można z łatwością zobaczyć pierwsze pojawiające się pąki. Ponadto dzięki doniczkom z naturalnym torfem możesz sadzić swoje sadzonki, bez ryzyka uszkodzenia ich. Zestaw zawiera wiele przydatnych akcesoriów do uprawy roślin.”

Brzmi nieźle, prawda? Wyobrażałam sobie, że szklarnia będzie miała metalowy stelaż, a oczami wyobraźni widziałam ten system nawadniania. Myślałam, że ścianki wykonane są z lekkiego materiału imitującego szkło albo przynajmniej plexi. Niestety chyba mam wybujałą wyobraźnię ;)

W rezultacie zestaw zawiera miniszklarnię, którą należy samodzielnie złożyć (w końcu to zestaw kreatywny), cztery malutkie (bardzo, bardzo malutkie) doniczki, torf i kilka akcesoriów, o których zaraz napiszę. Szklarnia jest malutka i bardzo słabej jakości – plastikowe elementy i zwykła folia! Folię docięliśmy na wymiar, ułożyliśmy na plastikowych ściankach. Następnie trzeba było umocować ją plastikowymi patyczkami, których pacjenci za nic nie mogli wetknąć. Musiałam użyć sporo siły, aby je wcisnąć. Nie sądzę, aby dziecko samodzielnie było w stanie to zrobić. Moi dorośli pacjenci, nawet ci mający sprawne dłonie, także mieli z tym problem. Następnie trzeba było połączyć ze sobą ścianki i ustawić na zielonej podstawce, szklarnia stoi na niej bez żadnego mocowania. Efekt końcowy, delikatnie mówiąc, nie poraża… Wszystko sprawia wrażenie tandetnej jednorazówki..

Do zestawu dołączone są karty ze zdjęciami i opisami roślin, które nie korespondują z przygotowanym przez producenta zestawem. Szukałam w instrukcji pytań do kart, może jakiegoś quizu, próbowałam poszukać związku kart z dołączonymi nasionami. Związku nie ma - są, bo są.
Poza tym jest jeszcze naczynko do podlewania – wielkość jak dla lalek (bardziej przypomina mi kubeczek na wodę dołączany do żelazka) i równie malutka łopatka (używałam jej do wciskania tych patyczków, którymi przytwierdza się folię do stelażu i w rezultacie ją połamałam).

Zawarte są również nasiona. Spodziewałam się prawdziwych egzotycznych okazów! A tymczasem zestaw zawiera nasiona (wymieszane w jednym woreczku): dyni, bobu, fasoli, zboża (nie opisane jakie), arbuza i... jęczmienia (jęczmień, to nie zboże?). Tak, tak egzotyka jak się patrzy! Większość nasion była wątpliwej jakości. Dołączony torf, to sucha bryła, w której nic nie wykiełkowało, torf  nie absorbuje wody, a po podlaniu woda zostaje na powierzchni i nie wsiąka, bardzo trudno go nawodnić.


Podsumowując zestaw można śmiało powiedzieć, że jest bardzo słaby jakościowo, mało kreatywny, ubogi pod względem dydaktycznym i zdecydowanie za drogi, a efekt pracy jest mało satysfakcjonujący i mizerny. 


Gdybym chciała oprzeć scenariusz zajęć tylko albo głównie o ten zestaw byłaby to totalna porażka, a tak była tylko mała wpadka. Szklarnie złożyliśmy (wspólnie jedną, a początkowy plan zakładał cztery grupy trzyosobowe, z których każda składa jeden zestaw). Właściwie wcale nie miałam ochoty tego używać na zajęciach, ale wcześniej pokazałam go pacjentom i obiecałam, że się nim zajmiemy, więc słowa musiałam dotrzymać. Było przy tym dużo śmiechu, więcej rekreacji niż kreatywności. Ot taki przerywnik. A jakie wyzwanie dla terapeuty, aby poprowadzić zajęcia z czymś tak beznadziejnym! Mogli dopisać na pudełku "zestaw kreatywny - sprawdza poziom twórczego podejścia osób prowadzących zajęcia" albo "zestaw kreatywny, czyli jak zrobić coś z niczego" ;) Dobrze, że pacjenci mają poczucie humoru :) Aby wyjść z twarzą z tej sytuacji, postanowiłam stworzyć własny zestaw kreatywny i nawet już mam pewien pomysł, o którym może kiedyś opowiem...

Dostaliśmy jeszcze inne zestawy tego producenta – po tym co zobaczyłam nie spodziewam się cudu…
Szukając kolejnych propozycji znalazłam jeszcze inny zestaw ze szklarnią klik, ale tym razem nie zamówię nic w ciemno i zdecydowanie wolę własne pomysły na zestawy kreatywne!  A Wy macie jakieś doświadczenia z zestawami kreatywnymi?
Jak zostaliśmy kiperami

Jak zostaliśmy kiperami

Tematem ostatnich sobotnich zajęć była herbata. Roślina bardzo ciekawa, mocno zakorzeniona w kulturze, o której można mówić i mówić… Początkowo myślałyśmy z koleżanką o przeprowadzeniu zajęć związanych z poznaniem właściwości herbaty, warunków uprawy i rodzajów, ale potem zrodził się plan na zajęcia poznawczo – sensoryczne, które zaangażują zmysły i dostarczą nowych wrażeń.


Zajęcia zaczęłyśmy od krótkiego wstępu i dyskusji o herbacie, potem pokazałyśmy krótki filmik o parzeniu herbaty kwitnącej – dla naszych pacjentów było to coś nowego. Koleżanka przygotowała mini wykład o herbacie w innych kulturach, sposobach parzenia i picia. Obejrzeliśmy filmik, w którym zaprezentowano ceremoniał parzenia herbaty Gong – Fu Cha. 

Następnie wyjaśniliśmy wspólnie pojęcie „kiper” – pomógł w tym jeden z odcinków programu „Po mojemu”, w którym to właśnie  kiper był gościem. Przy okazji poznaliśmy różnice między herbatą czarną, białą, zieloną i czerwoną. Zaproponowałyśmy pacjentom, aby spróbowali jak to jest być kiperem. Wspólnie zaparzyliśmy różne rodzaje herbat – czarne, zielone, kwitnące, owocowe, ziołowe. Herbaty o różnych smakach i aromatach. I tu zaczęła się zabawa pobudzająca zmysły, rozpoznawaliśmy kolor, zapach i oczywiście smak. Najwięcej emocji wzbudziła herbata kwitnąca. Staraliśmy się jak prawdziwi kiperzy poznać ich zalety, z tą różnicą, że jej nie wypluwaliśmy ;) Ocenialiśmy moc naparu, intensywność aromatu, wytrawność, egzotyczną nutę, energię, odporność, słodycz i kwaskowość. Do tego obowiązkowo musiały być potem ciasteczka!


Pacjenci byli bardzo zaangażowani, chłonęli informacje i chętnie degustowali herbaty. Zdania co do zawodu kipera były podzielone. Niektórzy twierdzili, że mogliby zostać degustatorami herbaty, inni uważali, że absolutnie nie byliby w stanie nic ocenić, a już na pewno mieliby trudności z dobraniem składników do mieszanki. Wszyscy doszliśmy jednak do wspólnego wniosku – bycie kiperem, to bardzo inspirujące zajęcie z pasją, ale wcale nie takie proste jakby się mogło wydawać… :)

Zachęcam do wykorzystania herbaty na zajęciach, nie tylko hortiterapii, dla osób w każdym wieku. Pomysłów na zajęcia może być bardzo wiele, a materiałów w internecie nie brakuje. Można spróbować odtworzyć jakiś rytuał herbaciany albo skupić się na konkretnym zakątku świata i danej kulturze. Możecie, tak ja my zostać kiperami albo spróbować wyhodować własny krzew herbaciany.
Warsztaty florystyczne cz. III

Warsztaty florystyczne cz. III

Na trzecich warsztatach zajęliśmy się bukieciarstwem - powstały urocze bukieciki na mikrofonach florystycznych, które każdy uczestnik mógł zabrać do pokoju lub wręczyć komuś kogo lubi. Niektórzy mieli nawet pomysł, aby się oświadczyć ;)


Ten warsztat był zdecydowanie najbardziej wymagający pod względem manualnym i wielu pacjentom sprawił trudność. Musiałyśmy z koleżanką wymyślić system stabilizowania mikrofonów, aby pacjenci po udarach byli w stanie samodzielnie pracować. Ponadto rośliny trzeba było bardzo dokładnie oczyścić i przyciąć, a pracę dokładnie zaplanować. Samej pracy też było znacznie więcej niż przy poprzednich kompozycjach, bo bukiet na mikrofonie wymagał użycia dużej ilości niewielkich kwiatów, co oznaczało, że trzeba dużo cierpliwości i koncentracji. Tutaj niezbędna była nasza pomoc, nadzór, dzielenie pracy na mniejsze etapy i  modyfikowanie scenariusza w trakcie zajęć. Byłyśmy przygotowane na to, że praca będzie dla wielu pacjentów wyzwaniem, więc miałyśmy w zanadrzu gipsówkę, która jako doskonały wypełniacz pomogła wszystkim ukończyć pracę i zamaskować niedoskonałości (tak, nasi pacjenci potrafią być bardzo krytyczni względem swoich prac, zwłaszcza jak coś nie idzie po ich myśli).

To z pewnością nie ostatnie warsztaty w naszym projekcie, mamy jeszcze parę pomysłów do zrealizowania. A tymczasem parę kadrów z zajęć:






Copyright © 2014 Terapia , Blogger